W sierpniu 2019 roku minie 87 rocznica zagłady łomaskich Żydów. W zbiorach archiwum Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (AŻIH, 301/167B) znajduje się bardzo interesująca relacja Barucha Goldszera, jedynego Żyda ocalałego z masakry, która miała miejsce w sierpniu 1942 r. w „Lesie Hały” koło Łomaz. Tylko jednego dnia (18 sierpnia 1942 r.), niemiecki 101. policyjny batalion rezerwy rozstrzelał ok. 1700 Żydów z głównie z Łomaz i Rossosza, ale również z Międzyrzeca Podlaskiego, Podedwórza, Sławatycz, Warszawy, Serocka i innych miejscowości. Baruch Goldszer urodził się w 1910 roku w Łomazach. Był synem Wolfa i Chany z domu Berman. Z zawodu był stolarzem. W czasie II wojny światowej stracił rodziców. Relacja, która znajduje się w ŻIH jest w języku jidysz. Poniżej zamieszczamy ją w całości w tłumaczeniu Adama Bieleckiego.

***

Tego samego dnia przez żandarmerię i polską został otoczony obóz Szyreyka (chodzi o obóz pracy zlokalizowany w dawnym majątku Walentego Szenejki – dop. S.H), gdzie znajdowałem się. Oni wyprowadzili nas na plac obozowy i strasznie pobili. Oni wybrali mężczyzn, położyli ich na stoły i bili kijami. Potem odprowadzili nas do obozu Łomazy, 2 km od naszego. Po drodze kazali nam czołgać się na czworakach. Ludzie, którzy tego nie potrafili, zostali zastrzeleni na miejscu. Kiedyśmy przyszli do Łomazów, zobaczyliśmy, że miasto otoczone jest przez SSowców, Ukraińców i polską policję. Żydów zagnano na jeden plac polskiej szkoły. Tam nas ustawiono: mężczyźni osobno, kobiety z dziećmi osobno. Jednemu nie wolno było rozmawiać z drugim. Potem zaczęli gonić mężczyzn, kobiety i dzieci. Mężczyzn, którzy nie mogli szybko iść zastrzelono na miejscu. Kilka kobiet, które nie mogły chodzić także zostało zastrzelonych. Dzieci przekłuwano bagnetami i rzucano do rzeki. Niemożliwym było ratowanie się, gdyż byliśmy wygrodzeni grubym sznurem. Droga była wydzielona i obstawiona bronią maszynową. Oni poprowadzili nas 2 km do lasu. Kiedyśmy przybyli do lasu, wyszło wielu Niemców, Ukraińców i Polaków odprowadzając nas 200 metrów w głąb lasu. Tam kazano nam rozebrać się do naga, położyć się dziesiątkami jeden obok drugiego. Wybrali młodszych i zdrowych, odprowadzili w pewne miejsce i kazali kopać doły. Ja także byłem wśród nich. Wykopaliśmy 3 doły: 8 metrów długie, 8 metrów szerokie, 3 metry głębokie. Wykopaliśmy te doły, położyliśmy na nie deski. Niemcy, Ukraińcy i Polacy pogonili do tych dołów po 20 ludzi. Najpierw kobiety wprowadzono na deski i zastrzelono. Z tych desek padały do dołów. Dzieci rzucały się do dołów żywcem przekłute bagnetami. Kiedy zakończyli z dziećmi i kobietami, wzięli się za mężczyzn. Żydzi musieli leżeć twarzą w dół, kto chciał podnieść głowę, otrzymywał porcję kijów. Ja sam leżałem koło dołów od ósmej rano do czwartej po południu. Za 5 minut winienem także być podprowadzony do dołu. Nie mogliśmy porozumieć się między sobą i zorganizować ucieczki. Ja, wiedząc, że i tak czeka mnie śmierć, zdecydowałem się uciec. Strzelano do mnie. Kule świszczały wokół mnie jak pszczoły… Byłem jedynym, który uciekł. Nagi uciekłem do międzyrzeckiego lasu. Tam tułałem się przez kilka dni. Jakiś chrześcijanin dał mi trochę bielizny. W lesie napotkałem 10 rosyjskich jeńców wojennych, uciekinierów z obozu. Z nimi chodziłem po lesie. Wiedzieliśmy, że bez broni nie możemy żyć. Poszliśmy pod Bug i przystąpiliśmy do rosyjskiego Kalinowskiego partyzanckiego oddziału. W partyzantce pozostałem aż do nadejścia Czerwonej Armii – od 12 września 1942 r. do 10 maja 1944 roku.


Źródło: Żydowski Instytut Historycznyw Warszawie (AŻIH, 301/167B)
Autor: Baruch Goldszer
Tłumaczenie: Adam Bielecki
Opracowanie: Sławomir Hordejuk

Tagi: Artykuł