Kazimierz Kusznierów – wywiad pt. “Wesele w Lubence”.

Fot. w tekście z arch. K. Kusznierowa: 1) Ludwika Głowacka, wyjazd do ślubu. Ortel Książęcy, 1950 r.; 2) Ludwika i Mikołaj Wołosowiczowie z Łomaz, 1950 r.

Kazimierz Kusznierow urodził się w 1950 r. we wsi Lubenka k. Łomaz. Jest popularyzatorem i animatorem kultury tradycyjnej. W 1980 r. założył Teatr Obrzędowy „Czeladońka”. Jest autorem tekstów do albumu fotograficznego Adama Pańczuka Karczeby (2013). Od lat 80. XX w. piastuje stanowisko kierownika Wiejskiego Domu Kultury w Lubence. O tradycjach weselnych swoich rodzinnych okolic opowiedział dr hab. Joannie Szadurze i Dawidowi Kobylańskiemu.

Joanna Szadura: Jak dawniej zapoznawali się młodzi?
Kazimierz Kusznierow:
Kiedyś żenili się ludzie z jednej wsi. Poznawali się na weselach, odpustach, jarmarkach. Albo znali się ze swatów.

Dawid Kobylański: Kto mógł zostać swatem?
K.K.:
Ktoś, kto był wygadany i starszy. Młodzi się nie zajmowali takimi rzeczami. Niekoniecznie on sam wynajdywał komuś żonę. Jeśli rodzice sobie upatrzyli pannę, to go wysyłali.

J.Sz.: A to nie młodzi decydowali?
K.K.: Kiedyś młodzi nie mieli wiele do decydowania.

J.Sz.: Kiedy takie swaty się odbywały?
K.K.: Głównie jesienią, bo wesela były najczęściej w karnawale. Kiedyś nie żeniono się w piątki, soboty i niedziele. Śluby odbywały się w tygodniu: w poniedziałki, wtorki, środy. Jeszcze w czasie wojny nigdy nie było wesel w sobotę, bo to był dzień maryjny.

D.K.: A swat pytał o wiano i posag?
K.K.:
Przy pierwszym podejściu na pewno jeszcze nie pytał. Najpierw rozmawiał z jedną stroną, potem z drugą. W wianie dawano całą wyprawę: ubrania, pościel, dywany. A w posagu panna wnosiła krowę, ziemię.

J.Sz.: Co się działo po swatach?
K.K.:
Po swatach przyjeżdżali rodzice młodego do młodej. Wtedy uzgadniali, kiedy będzie wesele. Oglądali gospodarkę, to się nazywało oględziny. Nigdy dziewczyna nie jeździła, nie mogła być przed ślubem u chłopaka w domu. To był zakaz.

J.Sz. A kiedy odbywało się wesele?
K.K.:
Trzy tygodnie po zaręczynach. Młodzi dawali na zapowiedzi, które trwały trzy niedziele. Nie pamiętam, czy były jakieś szczególne nauki. Mój ojciec musiał się po polsku pacierza nauczyć, bo był prawosławny. Matka mówiła, że to było przed samym ślubem. Zanim się rozpoczął, ksiądz ojca do zakrystii zawołał i tam go przepytał. Natomiast swoich zapowiedzi nie wolno było młodym słuchać. Był taki przesąd, że to nie będzie dobre życie.

J.Sz.: Jak wyglądała kwestia strojów ślubnych?
K.K.:
To raczej chłopak powinien dziewczynie kupić sukienkę. Przed wojną stroje na ogół były pożyczane. Chyba że ktoś był z bogatszych. Moja matka miała własną sukienkę ślubną. Ojca było stać, bo był muzykantem. Kupił materiał, matka uszyła. W jej sukience potem siedem panien brało ślub. Welon nie był taki piękny jak teraz. To było coś podobnego do gazy, taki bandaż do owijania, tylko to było nakrochmalone. Welon mogła założyć każda panna, ale nie każda mogła mieć wianek. To było przestrzegane. Jeśli ludzie wiedzieli, że miała jakiś romans, to już bardzo jej to wytykali.

D.K.: A panna młoda nie kupowała niczego panu młodemu?
K.K.:
Chusteczkę musiała wyszyć. W latach powojennych to się zmieniało. Wtedy kupowała mu koszulę.

J.Sz.: Jak odbywało się zapraszanie gości na wesele?
K.K.:
Przed wojną młodzi chodzili od domu do domu przez całą wieś. Panna chodziła z druhną, a chłopak z drużbantem. Szli do każdego domu i prosili o błogosławieństwo. A przy okazji zapraszali na wesele. Wchodzili do domu, mówili Pochwalony. Druhna informowała, że panna młoda prosi o błogosławieństwo. Ta wszystkim się kłaniała, także dzieciom. Oni znak krzyża robili, błogosławili.

D.K.: A jak nazywał się wieczór przedślubny?
K.K.:
Albo kawalerski, albo panieński. Po wojnie u siostry ciotecznej schodziły się same dziewczyny, koleżanki, ciotki, bliska rodzina. Różaniec za zmarłych z tej rodziny odmawiali, a po różańcu dopiero układali welon. Jego druhny robiły, dekorowały sparagusem. Wtedy śpiewały różne piosenki. Przeważnie to były jakieś okolicznościowe, takie smutne, że „już panną nie będziesz”. I był poczęstunek przy tym. A chłopcy to schodzili się normalnie i była popijawa.

J.Sz.: A co robiły kobiety zamężne w wieczór przedślubny?
K.K.:
Wtedy piekły korowaja. To było ciasto, nieszczególnie zresztą dobre. Jak robili bułki albo pierogi, to zostawały resztki ciasta, u nas mówili na nie wyskrabki. Wyskrobywali je z kopaniek, dodawali jeszcze mąkę. Z tego korowaj robili. Dosładzali, lepili takie różyczki, wywijaski. U nas w Lubence jak odjeżdżała młoda do ślubu, to te korowaje wynosili dzieciom i tym, co przychodzili na wyrząd. Wieś się schodziła i nosiła je matka weselna.

J.Sz.: A czym jest kopańka?
K.K.:
Kopańka to dłubane naczynie, zrobione z pnia drzewa. Jest podobne do czółna – takie korytko. W tej kopańce robiło się bułki.

J.Sz.: Kto wybierał członków drużyny weselnej?
K.K.:
Prosił ich młody – kolegów, chłopaków z rodziny, wszyscy kawalerami byli. Mogło ich być dziesięciu-dwudziestu. Naprawdę ważny był tylko pierwszy drużbant. Towarzyszył panu młodemu wszędzie – do ślubu i na wesele prosić jeździł. Kiedyś wóz załatwić, a później samochód zgodzić to był obowiązek drużbanta. Nie zawsze byli u nas na weselach starostowie. Wtedy toast wznosił drużbant.

D.K.: Ile było dziewczyn w drużynie panny młodej?
K.K.:
To zależy, ile miała koleżanek i jak duże było wesele. Pierwsza druhna przygotowywała wcześniej znaczki weselne. Przed odjazdem do ślubu oznaczała wszystkich weselników, tzn. mężczyzn. To były takie kokardki z jakiejś paprotki. Z jednej strony przypinano je żonatemu, z drugiej – kawalerowi. Drużbant miał większą kokardkę. Jeszcze w latach 60. za te znaczki się płaciło. Pieniądze zbierała druhna.

J.Sz.: A kapela grała?
K.K.:
No, a jak! Były dawniej specjalne utwory, a teraz mi się nie podoba, bo grają tylko „Serdeczna Matko”. Kiedyś był marsz do ukłonu, do wyjazdu do ślubu.

J.Sz.: Czym narzeczeni jechali do kościoła?
K.K.:
Dawniej wozem, później samochodem. Kiedyś rodzina i sąsiedzi ze wsi się składali. Nieraz koni nie mieli, bo to paroma końmi w dyszla. Jak ktoś miał dwa, to od tego gospodarza pożyczali. Specjalny wóz się wtedy robiło, specjalne były drabinki – nie ze szczebli, tylko z takich klepek. I były malowane. Były dwa siedzenia, na których młodzi siedzieli do siebie plecami pozwracani. Ale do ślubu osobno jechali. Młoda siedziała w towarzystwie swoich druhen. Jak przyjeżdżał młody, to jego drużbant dołączał i ona z drużbantami jechała, a młody z druhnami. Wychodził ojciec, posypywał orszak owsem i wodą święconą kropił. W drodze do ślubu pierwsza kapela jechała i grała. W następnym wozie była panna młoda, w trzecim pan młody. Na końcu jechały ciotki, rodzina. Dopiero pod kościołem młody podchodził, żeby pomóc pannie z wozu zejść. A już ze ślubu wracali razem. Konie przybierali wstążeczkami. Jak było lato, to gałązkami. Róże albo gałązki z brzozy w chomącie utykali.

Kazimierz Kusznierów

J.Sz.: Czy robiono kiedyś bramy?
K.K.:
Jak pan młody jechał do młodej, to robili, drogę grodzili. Były podobne bramki jak teraz. Gdyby ludzie nie zagrodzili drogi, to by znaczyło, że panna była nic nie warta. Robili tę bramkę i żądali od młodego coraz więcej. Skoro panna była wartościowa, to chcieli za nią okupu. Była to przede wszystkim wódka i wędlina.

D.K.: Jak taka brama wyglądała?
K.K.:
Kiedyś to na ogół jakieś żerdzi i stół wynosili. Stawiali krzyżyk i jakiś bukiecik. Łańcuchami też nieraz grodzili.

J.Sz.: To trzeba było dużo wcześniej do kościoła jechać.
K.K.:
Albo być przygotowanym, dać okup i ustąpili. Jeśli nie, to nieraz brali się za klapy. Widziałem takie zajście.

J.Sz.: Naprawdę?
K.K.:
Tak. Do bójek dochodziło.

J.Sz.: A jak wyglądało wyjście z kościoła po ślubie?
K.K.:
Jeśli na weselu było dużo dziewczyn i chłopców, to robili orszak. Kawalery z pannami stawali. Już jak wchodzili do kościoła, to zatrzymywali się wszyscy w kruchcie, w przedsionku. Organista zaczynał grać. Wtedy wszyscy wchodzili – najpierw para młoda, potem drużbanci i reszta tych druhen i drużbów. W tym orszaku szli parami, chłopcy i dziewczynki. Po ślubie panna młoda zostawiała przy bocznym ołtarzu swoją wiązankę ślubną. Potem druhny i drużbowie podnosili ręce i młodzi pod nimi przechodzili.

D.K.: Były jakieś zwyczaje związane z tym, jak się państwo młodzi powinni zachować w drodze do ślubu albo w kościele?
K.K.:
Taki przesąd znam, że nie można się oglądać, bo jak się obejrzy, to szybko owdowieje dziewczyna czy chłopak. W kościele nie wolno się za siebie obejrzeć. Wierzono też, że kto kogo zakręci przy ołtarzu, to będzie nim rządzić. Bardzo się nie szarpali, ale nieraz widać było, że to chce w jedną, a to w drugą stronę. Młodej wkładali też w pantofel pieniądze. Dawał je ktoś z rodziny, matka czy ciotka. Miało to zapewnić, żeby zawsze pieniądze miała.

J.Sz.: Muzykanci takie same melodie grali w drodze do domu, jak w drodze do kościoła?
K.K.:
Nie, mieli inne marsze. Kiedyś dużo grali melodii partyzanckich, nawet „Rozszumiały się wierzby”. Przecież to nie był weselny marsz. W latach powojennych to było granych dużo właśnie takich wojskowych pieśni.

J.Sz.: Kto witał nowożeńców przed domem weselnym?
K.K.:
Ojciec z matką z chlebem i solą wychodzili. Mieli wszystko na ręczniku czy serwetce. Wynosili bochenek chleba i wódkę. U jednych mówiło się, że powinno się wódkę wypić, a u innych, że trzeba tylko wylać za siebie. Kieliszek trzeba było tak rzucić, żeby się zbił na szczęście.

D.K.: Czym rozpoczynała się uczta weselna?
K.K.:
Najpierw to zawsze śpiewali „Pod Twą obronę”, a później „Sto lat”. Na ogół drużbant proponował toast za młodych.

J.Sz.: Czy w sali młodzi mieli jakieś specjalne miejsce?
K.K.:
Tak, dywan tam wisiał i było przybrane gałązkami. Był też obraz, który kupowała matka córce. Mogła to być np. Matka Boska Anielska. Bo jak na obrazie dużo aniołków, to żeby dużo dzieci mieć. Jak Matka Boska Karmiąca, to młoda będzie miała liczną rodzinę i będzie miała kogo karmić. Raczej nie można było dawać Matki Boskiej Bolesnej, bo to było nieszczęście na całe życie. Matka chrzestna zanosiła obraz do święcenia. Wiozła go do ślubu, jechała z tym obrazem. Siedziała z nim na wozie odwrócona plecami do młodej. I żona ten obraz trzymała do końca życia.

J.Sz.: Jakie potrawy podawano na weselu?
K.K.:
Dawniej, jak mi matka opowiadała, nie była „Gorzka wódka”, tylko „Gorzka kasza”. Przy toaście tę kaszę nabierali lub ryż z cynamonem – to był wtedy wielki przysmak. Tylko na weselach się go podawało. Jak był toast, to drużbowie nabierali łyżkę i musieli tak rzucać, żeby się ten ryż do sufitu przylepił. No i ten sufit był taki zaklejony. Wtedy był też stół nieproszony. To była tzw. szturma, czyli goście, którzy nie byli zaproszeni. Jak w miski zaglądali, to nieraz drużbowie komuś oko zakleili tą kaszą. Czasem się bójki z tego powodu zaczynały.

Kazimierz Kusznierów

J.Sz.: A co jeszcze podawano?
K.K.:
Obowiązkowo musiała być kapusta. Podawano bułki, pierogi, kaszankę. Galarety było bardzo dużo. Mięsa nie podawano. Kiełbasa była raczej rzadko, tylko do spróbowania. To było podawane w różnych miskach. Nikt nie miał widelca, więc łyżkami jedli z jednej miski. Każdy ciągnął do siebie, żeby się najeść.

J.Sz.: W którym momencie wesela tańczono?
K.K.:
Jak się najedli. Odśpiewali chmiela i po tym panna wychodziła. Stawiali przed nią talerzyk i zakrywali. Każdy kładł pieniądze pod chusteczkę i musiał to pięścią przybić. Przynosiło szczęście, jeśli udało się rozbić talerzyk. To nie było łatwe, bo leżał dnem do góry na płaskim stole. Jak ktoś rozbił talerzyk, to wtedy pięścią przystukiwał te pieniądze. To znaczyło, że młodzi będą mieli wielkie szczęście.

J.Sz.: Czy wszyscy chodzili pod tę chusteczkę dawać pieniądze?
K.K.:
Tak, wywoływali ich śpiewem, np. „Idzie wujenka, idzie bogata, nie dawaj grosza, rzuć tu dukata”. No i jako refren „Chmielu, nieboże, niech ci Pan Bóg dopomoże”. Pamiętam taką przyśpiewkę dla drużbantów: „Oj ty marszałku, ty z długim nosem, nie wywijaj się tu z jednym groszem. Oj chmielu, oj nieboże, niech ci Pan Bóg dopomoże”.

J.Sz.: A sadzano pannę na dzieży?
K.K.:
U nas to jedynie na krześle i poduszkach. Robiono tak, żeby było wygodne życie.

D.K.: Czy dziewczyna albo chłopak mogli sobie w jakiś sposób zapewnić uczucie drugiej strony?
K.K.:
Trzeba było pająka ususzyć, zetrzeć go na proszek i dać dziewczynie, to wtedy się ją na pewno omota.

J.Sz.: A co znaczyło, jak podczas ślubu zgasła świeca przy ołtarzu?
K.K.:
To zły znak był, że któreś z młodych szybko umrze. Tak jak to, że się obejrzy za siebie. Był taki przypadek, że naprawdę się młoda zagapiła. Później jej mówili „Po co ty się oglądałaś?”, a ona powiedziała „Bo chciałam zobaczyć, czy orszak ładny”. Chyba nawet roku nie było i jej mąż zginął na wojnie.

D.K.: Były jakieś inne znaki, które zapowiadały, że małżeństwo będzie nieudane?
K.K.:
Źle, jak się miotła przyśni przed ślubem. Pogoda też była ważna. Jak była plucha w dzień ślubu, to będzie takie opłakane życie.

J.Sz.: A kto nie powinien chodzić na wesele?
K.K.:
Kobiety w ciąży nie powinny, bo to wróży ciężkie życie pary młodej.

J.Sz.: Pana tata grał na weselach…
K.K.:
Ojciec chodził od wsi do wsi. Był w domu tylko w poście i w adwencie. Na klarnecie grał. Młodzi telegram wysyłali, gdzie ma podjechać. Jak było wesele daleko, to wysyłali podwodę po ojca.

J.Sz.: To był dobry fach?
K.K.:
Ojciec właściwie z tego się utrzymywał. Matka się z nim kłóciła, że akordeonista najwięcej zarabiał. Wtedy zarobki na zboże przeliczali. Akordeonista za wesele brał metr pszenicy. A ojciec jako klarnecista dostawał metr żyta. Pszenica była dużo droższa. Jeszcze perkusista był, czasem saksofon albo kornet czy trąbka.

J.Sz.: Kto był najważniejszy?
K.K.:
Przed wojną to musiały być skrzypce. Później to nie było tych skrzypaków.

J.Sz.: Na bębenkach też już nie grali?
K.K.:
Nie, nie. Perkusja nie była taka, jak teraz. Był taki bęben, który muzyk sam sobie robił. Musiał psa zabić, skórę wyprawić i nią obciągnąć. Był podmalowany ten bębenek, żeby ładnie wyglądał.

J.Sz.: A kto był najważniejszy w tej orkiestrze?
K.K.:
Najważniejszy był akordeonista. Choć to zależy… Ojciec nauczył się grać w orkiestrze wojskowej. Umiał grać na wszystkich instrumentach, też na akordeonie. Modne już nie były wtedy skrzypce, a klarnet bardzo. Ludzie to lubili. Zresztą ojca nie było stać na akordeon. Grał na klarnecie dużo melodii, których nie mógł akordeonista. Była modna polka „Dziadek”. Ojciec na klarnecie ją grał, a akordeonista nie umiał. Nieraz na weselach ojciec dodatkowo dorobił, bo ktoś dał parę złotych, żeby zagrać polkę.

J.Sz.: Dziękujemy za rozmowę.

Tekst powstał na podstawie materiałów Pracowni „Archiwum Etnolingwistyczne” UMCS, zebranych w ramach projektu Studenckiego Koła Naukowego Etnolingwistów UMCS „Minisłownik gwary Gminy Łomazy”. Nagranie: dr hab. Joanna Szadura (IFP UMCS), Dawid Kobylański (SKNE UMCS); transkrypcja: Dawid Kobylański; opracowanie: mgr Damian Gocół (IFP UMCS)


Źródło: Pismofolkowe.pl – “Idzie wujenka, idzie bogata…”


Tagi: Lubenka ,Łomazy, Wywiad